Mit demokracji nieliberalnej

Drukuj

Ostatnimi czasy termin nieliberalna demokracja bardzo często przewija się w różnych dyskusjach politycznych i filozoficznych. Jednak jest to pojęcie tak mgliste, że każdy może je rozumieć inaczej. Myślę, że warto raz jeszcze się nad ową nieliberalną demokracją pochylić i zastanowić o co tu tak naprawdę chodzi.

Krytycy rządów Prawa i Sprawiedliwości, uważają, że „dobra zmiana” wprowadzana przez władzę prowadzi Polskę w stronę demokracji nieliberalnej.

Nie jest moim celem ocena ani nowego polskiego rządu, ani żadnego innego (o demokracji nieliberalnej mówi się m.in. także w odniesieniu do Węgier i Turcji). Chcę jedynie zrekapitulować termin „demokracja nieliberalna” i zastanowić się czym on w ogóle jest.

Wielu poważnych teoretyków, od wielu lat badających liberalizm i demokrację, twierdzi, że nie są to terminy zbieżne, a czasami mogą być nawet sprzeczne. Jednak jest to najprawdopodobniej związane z bardzo analitycznym podejściem, polegającym na łączeniu liberalizmu z indywidualizmem, materializmem, wolnym rynkiem (neoliberalizmem) czy minimalnym państwem. W takim wypadku faktycznie liberalizmowi może być nie po drodze z demokracją, która polega na tym, że wybrana w wyborach władza reprezentuje pewną wspólnotę i organizuje życie poprzez określone instytucje i procedury.

Jednak wydaje mi się, że obecnie w potocznym myśleniu, które nie jest tak analityczne, demokracja liberalna to coś prostszego. Jest to ustrój, w którym po pierwsze władza jest pod ciągłą pośrednią lub bezpośrednią kontrolą wyborców. Po drugie, zakłada podział władz i nieskrępowaną kontrolę przez powołane do tego instytucje (takie jak chociażby Rzecznik Praw Obywatelskich). W końcu, po trzecie, ustrój taki powinien gwarantować pluralizm polityczny i szanować prawa mniejszości.

Czy jeżeli tak zdefiniujemy demokrację liberalną, a chyba właśnie tak jest najczęściej rozumiana, to na czy miałaby polegać demokracja nieliberalna? Wydaje mi się, że rola obywateli, ale i całościowo rozumianego społeczeństwa (o społeczeństwie obywatelskim trudno tutaj mówić), byłaby sprowadzona do cyklicznego wrzucania karty wyborczej do urny.

Czy to jest jeszcze demokracja? Czy demokracja może działać bez pluralistycznych mediów, bez jakiejkolwiek kontroli rządzących, z podważanym podziałem władz?

Wydaje mi się, że w takim przypadku możemy mieć jedynie do czynienia z populistyczną „demokracją”. Populistyczni przywódcy wierzą, że poprzez zwycięstwo w wyborach otrzymują nieograniczoną władzę i starają się przejąć kontrolę nad wszelkimi instytucjami mogącymi zagrozić ich pomysłom. Można sobie zadać pytanie: co powoduje, że taka władza może istnieć? Odpowiedź wydaje się być jedna – strach. Populistyczni przywódcy bardzo zręcznie wykorzystują instrumenty szerzenia strachu wśród społeczeństwa, by następnie pokazać, że tylko oni mogą przed nim obronić. Watro w tym miejscu zacytować Wiktora Osiatyńskiego, który w książce Prawa człowieka i ich granice stwierdził, że: „dyktator mówi: „Bój się mnie, inaczej cię skrzywdzę”, a populistyczny przywódca mówi: „Bój się ich, a ja cię obronię”. Polega to na zastępowaniu racjonalnej dyskusji ciągłym wywoływaniem strachu i graniu na emocjach obywateli. Idealnym przykładem takiej polityki może być kryzys migracyjny, o którym dyskusje toczą się głównie pod wpływem emocji, a nie za pomocą argumentów.

Gdy o jakimś populistycznym przywódcy powiemy, że prowadzi państwo w stronę demokracji nieliberalnej, może być z tego dumny, gdyż dzięki temu staję się obrońcą dobra narodowego, a nie zagranicznego kapitału czy banków. A przecież to właśnie dzięki takim hasłom doszedł do władzy.

Dlatego o rządach, które, powołując się na dobro narodu, bezpodstawnie zwiększają swoje uprawnienia i paraliżują instytucje kontrolne, nie powinno się mówić „demokracje nieliberalne”, ale „demokracje” populistyczne.

Czytaj również